I jestem przepływającymi po niebie stalowoszarymi chmurami…
Archive for » czerwiec, 2008 «
In Absentia czyli pod nieobecność, autorstwa braci Quay.
Szczegóły:
35mm, black and white (part colour), 19 mins
Directors:Quay Brothers
Production:Illuminations Films
Companies:Koninck
Producer:Keith Griffiths
Music:Karlheinz Stockhausen
Weszłam do sklepu, wzięłam kawę, stanęłam przy kasie.
Pan wstukał mi wszystkie produkty i oznajmił powalającą mój studencki portfel sumę:
- 5.12
Położyłam na ladzie 5zł i zadowolona z siebie czekam.
- A 12 groszy? - zapytał pan
- nie mam - odpowiedziałam rezolutnie niczym nabuzowany pijaczyna w fazie w której towarzyszy mu przekonanie, że jest niezniszczalny i nic na świecie nie jest w stanie mu zagrozić, poza tym przecież racja jest po jego stronie.
Zatem stoję tak wpatrując się w pana ze szczerym słowiańskim uśmiechem, przekonana, że żąda ode mnie jakichś drobnych żeby łatwiej było mu wydać.
- i co teraz? - rzecze pan co najmniej zaciekawiony, chyba nikt mu jeszcze z taką szczerością i pewnością siebie nie oznajmił że nie ma pieniędzy żeby zapłacić za zakupy w jego sklepie.
Przez chwilę wpatrujemy się w siebie z przekonaniem o niedorzeczności tej sytuacji. Po czym po dłuższej chwili dociera do mnie wcześniej wypowiedziana suma 5.12, zapewne dzięki wpatrywaniu się w cyfry wyświetlone na kasie, i uświadamiam sobie, ze pan nie żądał ode mnie jakiejś szczególnej przysługi tylko po prostu zapłacenia rachunku.
Cóż wykręciłam się czymś w co i tak nie uwierzył i niedorzecznie uśmiechnięta poszłam do domu.
Czasami, nie zawsze a jednak wystarczająco często by trwało w pamięci, wypełnia mnie przemożna niemoc oddychania.
Pragnienie by zanurzyć się pod wodę, zamknąć oczy i zrobić głęboki wdech.
By po tym dniu nie nadszedł już żaden następny.
Nigdy.
Z braku obejmujących mnie o poranku ramion.
Z braku witającego mnie wieczorem uśmiechu.
Z braku wiary.
Z braku siły.
Z braku.
Z niemocy powiedzenia komuś o tym wszystkim, wszystkim, wszystkim…
O każdej minucie, godzinie, dniu bez…
Z niemożliwości dzielenia z kimkolwiek strachu…że już nigdy, nigdy, nigdy nic się nie stanie.
I tylko czasem spoglądam na niedoskonałość zielonych liści szarpanych podmuchami wiosennego wiatru nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że pełne są oddechu Bogini, który teraz jest gdzieś bardzo daleko ode mnie.
Myślę, że nie stało się nic. Myślę, że nie stanie się nic.
